sobota, 21 kwietnia 2018

Wiosenny bieżnik

     Wiosna w tym roku przyszła i od razu pokazała, kto rządzi 😉 Zaczynam się zastanawiać, czy temperatura przekraczająca 25stopni w połowie kwietnia jest naturalną koleją rzeczy i jak będzie wyglądało lato...
     Postanowiłam zrobić sobie prezent na Wielkanoc i spleść wiosenny bieżnik na mój stół w salonie. No przecież nie może być tak, by szewc bez butów chodził... Ostatnimi czasy wydałam swoje cztery bieżniki znajomym... Wzoru szukałam w internetowych czeluściach, bo miałam spore wymagania. Miał być robiony w całości, ale nie filet, no i nie z drobnych elementów, bez zatrzęsienia pikotków, subtelny. Po dwóch dniach spędzonych w wirtualnym świecie dostałam oczopląsu i nie umiałam zdecydować się na jakikolwiek pomysł 😱 
     Maxi Madame Tricote czekało i zerkało na mnie z szafki. No przecież nie można długo wytrzymać bez dziergania...  Wyciągnęłam z szafki moje gazetki, kolejne kilka godzin spędziłam na podłodze, bo na stole już się nie mieściłam. Znalazłam schemat!!!

      Oczywiście nie spełniał moich wcześniejszych założeń w żadnym punkcie... Wybrałam elementy i to dość drobne, pikotki też się znalazły 😉  Na dodatek elementy łączone były w taki sposób, że obrus tworzył długi, dość wąski romb. Zmieniłam ułożenie, czyli przesunęłam schemat o 90͒ , zrezygnowałam ze spiczastych rogów i brzegi bieżnika ułożyłam prosto. Powstał rozciągnięty sześciobok.

     Bieżnik ma wymiary 60x115cm. Kordonek Maxi Madame Tricote w kolorze ecru, mój ulubiony jeśli chodzi o grube kordonki. Szydełko 1,25.



     Elementy komponują się mało subtelnie, sprawiają mięsiste, miękkie wrażenie. Obrusik jest gęsty, mało "przejrzysty", ale skradł mi serducho już podczas dziergania 💕

    
      Wydaje mi się nieco rustykalny, ale chyba właśnie w tym tkwi cały jego urok. Kiedy po praniu wyjęłam go z pralki (tak! wszystkie robione przez siebie koronki piorę w pralce!) byłam pozytywnie zaskoczona, forma i kształt świetnie się trzymały, wystarczyło wysuszyć na płasko i uprasować.




















        Zdążyłam przed Wielkanocą! Na Święta leżał na moim stole i cieszył oczy 😃



















      Schemat pochodzi z gazetki "Robótki ręczne" 3/2006, element ma zaledwie 5 okrążeń i jest bardzo prosty, dzierga się go niezwykle przyjemnie.


      Przyznam Wam szczerze, że zamarzył mi się obrus z tych elementów, wielgaśny obrus, na gigantyczny stół...





piątek, 13 kwietnia 2018

Kołnierzyk

      Boże Narodzenie już dawno za nami. Prezenty już dawno rozdane ... więc oficjalnie mogę pisać o tym, co wręczone zostało i cieszy obdarowanych 😁.
Prac, które powstawały do szuflady pod hasłem "prezent" było całkiem sporo, królowały gwiazdki, bombki, gwieździste serwety, bieżniki w zieleniach, czerwieniach o typowo bożonarodzeniowych wzorach. Ale jedna praca była wyjątkowa...kołnierzyk.
     Po raz pierwszy robiłam element stroju, po raz pierwszy z motywów koronki koniakowskiej. Dokumentowałam fotograficznie każdy etap pracy 😉 Dopiero ostatnie zdjęcie to efekt finalny, ukrochmalony, odprasowany.


      Wymyśliłam sobie, że najbliżej szyi będzie łuk z kwiatków "ze strupkami" czyli  kwiatek 3D. Ten malutki element jest niezwykle plastyczny i nadzwyczaj urokliwy. Przyznam szczerze, że to mój ulubiony motyw w koronce koniakowskiej. Uwielbiam serwety z tym elementem 😍 Kwiatuszki w rzędzie najbliżej szyi połączyłam tylko jednym pikotkiem, to pozwoliło uzyskać łuk kołnierzyka i w bardzo naturalny sposób nadało mu dużą plastyczność.
     Kolejny rząd to "koszyczki", motyw który przez sporą ilość pikotek pozwoliłby mi przyłączyć elementy w kilku miejscach, w zależności od potrzeby. Jest przy tym również niezwykle plastyczny a swoim wyglądem przypomina ananaski. Zdjęcie powyżej to zasługa małych rączek mojej Ośmiolatki, która wykorzystała moment mojej nieuwagi i sprytnie, w ramach potwornego nudzenia się, ułożyła taki kwiatuszek. Muszę przyznać, że ma u mnie wielkie lody za tą aranżację 😉🍧🍨🍦 


     Te dwa rzędy kołnierzyka robiło się łatwo i przyjemnie. Sam pomysł i efekt, który "wydziergałam" sprawiał, że "puchnęłam z dumy" i robótka "paliła" mi się w rękach .


"Koszyczki" spięłam rzędem "kobyłek" czyli łańcuszkiem z 5 oczek. Kołnierzyk miał piękny łuk.
I zaczęły się schody... Każdy kolejny pomysł prułam, dziergałam i znów prułam... Elementy, które chciałam umieścić w tym projekcie były zbyt duże i zaczynał mi brzydko falować 😢 Po pięciu dniach prób i prucia wreszcie doszłam do wniosku, że motyw trzech kółeczek będzie najlepszy. Dziś wiem, że to nie był najlepszy pomysł, kółeczka nie ułożyły się w kołnierzyku tak jak bym chciała. Ale mimo wszystko jestem z niego dumna, bo obdarowana nim Osoba jest zachwycona 😊



     Sznureczki do wiązania dorobiłam do gotowej, upranej i wykrochmalonej pracy. 

  
     Do tematu kołnierzyków na pewno jeszcze wrócę 😁


 

piątek, 9 marca 2018

Zaczynam się powtarzać ;)

       Pewnie nie raz zdarza Wam się sięgać po sprawdzony schemat... No bo w końcu jest "przerobiony",  bo wyjdzie, bo szybko się go robi i jest efekt WOW, bo robić go można oglądając ulubiony serial... Generalnie jest sporo "za" i logicznie myśląc "czemu nie...?"
       Do tego projektu zabrałam się z werwą, pozytywnym nastawieniem i zapałem... Trudno odmówić przyjaciółce, która przyszła do mnie z naręczem kordonków i bezowym tortem... 😋
       Po raz kolejny się za(WIRUS)owałam 😂 . Poczułam ulgę, że zdjęto ze mnie bieganie za kordonkiem, poszukiwanie odpowiedniego odcienia, robienie próbek kilku wzorów. Nie miałam problemu, że Przyjaciółka wybrała coś co leży i u mnie na stole... W końcu jej bieżnik miał być trzy razy większy...   Sfotografowanie go na dość dużym stole było dla mnie wyzwaniem.

   
      Początkowo wszystko szło jak z płatka, w połowie pracy zapał się gdzieś zapodział... Została konieczność wywiązania się ze zobowiązania.

  
      Po kolejnych czterech, czy pięciu motywach pozytywne nastawienie pękło jak bańka mydlana... Zaczęłam się zmuszać do robienia kolejnych motywów, do ich łączenia.

   
      Poczułam się zmęczona monotonią wzoru, przesyt zmienił się w niechęć do szydełkowania... Zachciało mi się sięgnąć po coś nowego, dużego, trudnego ... ale "wirus" leżący na stole i wzywał mnie, śnił mi się jako koszmar w nocy, prześladował mnie w dzień. Miałam ochotę wrzucić go do kosza i dopilnować by Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania Miasta wywiozło go natychmiast w nieznanym kierunku...
Narzuciłam sobie reżim! Jeden element dziennie choćby się waliło i paliło ... a w nagrodę ... szalik na drutach. Motywowałam się i poddawałam, klęłam pod nosem i dziergałam... Ostatni tydzień był koszmarem. Co z tego, że wszystko wychodziło? Co z tego, że było równo, starannie a kordonek to mój ulubiony Maxi Madame Tricote? Wiedziałam już, że NIGDY WIĘCEJ nie chcę robić nic tym wzorem!!!


       Z wielką ulgą dopinałam ostatni element 💣 W perspektywie było już tylko pranie, suszenie i prasowanie. Gotowy bieżnik szybko spakowałam i zaniosłam Przyjaciółce.



     Poczułam wielką ulgę 😄 Ponoć "nigdy nie mów nigdy"... OK! Nie powiem tak 😁 Raczej nie sięgnę po ten wzór, postaram się przedstawić inne propozycje. Powstaje tyle nowych wzorów, wolę robić różnorodne wzory niż zamykać się tylko na jeden. Nie kusi mnie już chusta Wirus...  Mój jeden bieżnik z tego wzoru, zaginął pod papierami Męża, drugi schowałam głęboko. Nie cieszą mnie... może kiedyś sobie o nich przypomnę... Póki co jedyny taki bieżnik oglądam u Przyjaciółki, kiedy wpadam do niej na kawę... Ona też już wie...😇

    Jedynym pozytywem jaki zobaczyłam w tym wszystkim, to szczęście Przyjaciółki 😄















czwartek, 22 lutego 2018

Czeskie poszukiwania i sentymentalny filet

    Dawno mnie tu nie było...
Szydełkowych prac powstało całe mnóstwo ale brakło już czasu na pisanie ;)
Teraz postaram się wszystko nadrobić i pokazać Wam kilka ciekawych, moim zdaniem, projektów.
    Tym razem zaczniemy od zdjęcia. Podobnie było w moim przypadku...najpierw zobaczyłam serwetę a dopiero potem dowiedziałam się co mam zrobić :)


Koleżanka przyniosła rodzinną pamiątkę, lekko naruszoną zębem czasu serwetę, wykonaną filetem. Piękna, delikatna i precyzyjnie wykonana.  Oczy wyszły mi z orbit na jej widok, bo filetu nie lubiłam, nawet nie próbowałam się za niego zabrać. Przy tej serwetce zmieniłam zdanie... Pomyślałam sobie, że odrobienie tego cudka będzie łatwe i przyjemne, więc zgodziłam się w oka mgnieniu. Tym bardziej, że słowa Koleżanki: "Jeśli nie Ty, to kto?...", połechtały moją próżność 😂 Wpadłam jak śliwka w kompot. Jednakowoż nie chodziło jedynie o odrobienie... Przy zachowaniu szerokości, serweta miała być dłuższa o 20 - 30 cm. i koniecznie w tym samym kolorze.
    Znalezienie odpowiedniego kordonka wymagało gimnastyki z mojej strony. Zaczęłam od rodzimych produkcji Ariadny... Muza 10 zdecydowanie zbyt gruba, Muza 20 pod względem grubości nawet by się nadała ale kolor, choć też ecru, zupełnie odmienny. Pozostałe kordonki Ariadny też nie zaoferowały mi TEGO konkretnego koloru. Altin Basak też został skreślony z listy ze względu na brak koloru, podobnie jak wszystkie kordonki czeskiej produkcji (a uwierzcie mi, jest ich całe zatrzęsienie). Kolejno wyeliminowałam Nici Polskie (za brak koloru) , Kordonki Nowosolskie ze względu na skład poliestrowy. Przejrzałam swe zapasy, z nadzieją, że gdzieś w wiekowych kordonkach albo wykopaliskach z second handu znajdę TEN konkretny kolor... NIC! Zero!
No to, o rozpaczy!, zostały kordonki DMC i Madame Tricote... Do próbników, lub szaf ekspozycyjnych DMC nie mam dostępu, bo w okolicy takowych nie ma (szafę DMC można znaleźć w Berlinie, ale jakoś mi tam nie po drodze...) a Babylo, które mam w domu to też nie TEN kolor 😢. Postanowiłam po weekendzie przedstawić Koleżance dwa kolory najbardziej zbliżone do tej upragnionej barwy i ...niech decyduje...  A tymczasem wymknęłam się do Czech bo jedzenie mają tam pyszne, bo weekend, bo planowałam zrobić tam zakupy, nie związane z dzierganiem... no ale kto mi zabroni zajrzeć do pasmanterii... W jednym niepozornym sklepiku niedaleko rynku w Ostrawie znalazłam TEN Maxi Madam Tricote!!! Idealny!!! Tak...ale cieszyć się nie mogłam, bo to był jeden jedyny, na dodatek ze starej partii. Myślałam że się popłaczę, zacznę krzyczeć i histeryzować.., potrzebowałam trzech motków.  Kobiecina, która prowadziła ową pasmanterię, widząc moje rozczarowanie, wystukała coś w telefonie i dostałam listę czterech ostrawskich pasmanterii i prośbę żebym tam zajrzała, bo to takie mało popularne sklepiki i tam mogę znaleźć jeszcze TĘ starą partię. Ruszyłam na poszukiwanie uzbrojona w listę adresów i nawigację... Jak się okazało najlepszy jest "koniec języka za przewodnika", sklepiki znajdowały się w mało uczęszczanych zaułkach, prowadziły je najczęściej Babuleńki, których wiedza na temat tego co sprzedają była tak ogromna, że przez cały czas miałam otwartą z wrażenia buzię i wszystkie informacje chłonęłam jak gąbka. W sumie z tej wycieczki wróciłam z zapasem sześciu motków TEGO koloru, pysznościami do jedzenia i szczęściem, które malowało się na mojej twarzy 😄
   Zabrałam się do szydełkowania, pamiętając, że szerokość powinna pozostać taka sama, a na długości mam dołożyć 20-30 cm, nie tracąc wzoru i nie dodając jedynie filetowej siatki.


    Starałam się dodawać dodatkowe rzędy już podczas robienia, by delikatnie wydłużyć wzór, ale nie zgubić jego zarysów i nie stworzyć z niego maszkarona. Zaznaczałam te "nowe rzędy" kolorową nicią by łatwiej mi było zapanować nad symetrią pracy i dodawaniem rzędów. Na dodawanych rzędach we wzorze zyskałam 20 cm.


    Nie obyło się bez prucia nawet kilkunastu rzędów, ale była to praca na tyle kreatywna, że nie roniłam łez i nie rwałam włosów z głowy. Przyznam się, że technika zyskała w moich oczach i po filet zapewne sięgnę jeszcze nie raz.


   Początkowo postanowiłam wydłużyć tylko sam wzór dodając rzędy w miejscach gdzie takie dodawanie nie psułoby przejrzystości wzoru. Ewentualne wydłużenie o kolejne 10 cm. tylko przy pomocy filetowej siatki, zostawiłam decyzji Koleżanki. W tym przypadku po 5 cm siatki na zewnętrznych końcach bieżnika nie zaburzyłoby wzoru i kompozycji całej serwety.

 
 Udało mi się sprostać temu wyzwaniu! Mój pierwszy filet był równy 😊 Dodając rzędy nie zepsułam wzoru. Szerokość  pozostała bez zmian i zgodnie z marzeniami Właścicielki  urosła o 20 cm, a kolejny wzrost o 10 cm był możliwy i nie zepsułby kompozycji.


   Całość była przyjemna dla oka. Przekonałam się, że "diabeł (filet) wcale nie taki straszny jak go malują (dziergają )".
   Żeby zaś nie zostać gołosłowną w samochwalstwie 😉 poniżej zdjęcia, na których zestawiłam obie serwety.

 
  Nieskromnie przyznam, że jestem zadowolona z efektu jaki udało mi się osiągnąć 😊





   Ocenę pozostawiam Wam, wszystkie komentarze, także te krytyczne, zawsze są miło widziane.





środa, 25 października 2017

Letnie plątanie.

      Latem szydełko jest dla mnie małą odskocznią. Słońce, dzieci, ciepełko, zielona trawka, woda i piasek zapełniają niemal cały mój czas. Dziergam z doskoku i zazwyczaj niewielkich rozmiarów prace. Proste i powtarzalne. W tym roku powstały podkładki.
     Pierwszy komplet z mojego ulubionego wzoru. Wzoru, do którego mam wielki sentyment, bo zanim pojawiły się dobra internetu, pinteresta, taką serwetę miała moja Babcia 😍 Ma ją nadal, od czasów mojego dzieciństwa, czyli od ponad 30lat, leży niezmiennie na kwietniku😊


     Chciałam by komplet był na tyle duży, by mniejsze serwetki wystawały poza obwód podstawki filiżanki. Taki komplet kawowo-herbaciany. Sięgnęłam po Muzę 10 i szydełko 1,5.


    

     Drugi komplet pojawił się w deszczowy tydzień, kiedy czasu na buszowanie w internecie było zdecydowanie więcej. Schemat można znaleźć na instagramowym koncie https://www.instagram.com/_amal.sh/ 
Zachęcam do przejrzenia Jej  profilu, pełno tam ciekawych wzorów i inspiracji 💜.


     Z Jej wzoru powstały małe podkładki. Większa serweta to już efekt moich kombinacji. Do dyspozycji miałam Atłasek. Dostałam go w prezencie i jestem nim zachwycona. To miękki, lekko śliski kordonek. Dziergało się nim niezwykle przyjemnie, zwłaszcza, że idealnym rozmiarem szydełka do niego jest 0,75 (mój ulubiony)

Spryskane Ługą serwetki lekko się usztywniły. Wzór jest prosty a gotowe serwetki prezentują się niezwykle ujmująco. Już ich nie mam, po pierwszej herbatce ze znajomymi znalazły nową właścicielkę. A ja, przyznam szczerze, mam ochotę znów je wydziergać, ot tak... dla samej przyjemności 😇


     Zdarza mi się czasem, że siadam z szydełkiem bez schematu, bez inspiracji z internetu, bez gotowej serwety, którą chciałabym odrobić. Szydełko, kordonek i fantazja, która gdzieś mnie zaprowadzi... Tym razem powstały maleństwa... podkładki pod kubek.


Gęste i dość mięsiste. Muza 10 i szydełko 1,5. Można je łączyć i powstanie coś większego, albo nawet bardzo dużego. Mój autorski projekt - brzmi dumnie 😊

    
    Żeby nie było monotonnie i jednobarwnie ...


Podkładki z cieniowanego kordonka Altin Basak Maxi. Jego kolor mnie urzekł, a to sprawa niełatwa, bo preferuję przy szydełkowych rękodziełach zdecydowanie klasyczne kolory, czyli biel i beże. Szydełko 1,5 wydawało mi się zbyt duże, sięgnęłam więc po 1,1.


Schematu nie miałam. Odrabiałam malusi motyw, zrobiony zapewne z cieniuchnego kordonka 80 lub nawet 100. Taki drobiazg znalazłam w ciucholandzie, ważył tyle co piórko, więc i jego cena była... a właściwie jej nie było 😉


Motyw logicznie rozliczony i niezwykle prosty. Zapewne pokuszę się kiedyś o coś większego, łączonego, zrobionego właśnie tym motywem... tyle tylko, że już nie będzie tak pstrokate 😉




czwartek, 5 października 2017

"Wspomnienie najstarszych serwet i wzorów koniakowskich"

     Wakacje, które skończyły się miesiąc temu, to nie tylko słońce, plaża i woda...Dla mnie to przede wszystkim Dni Koronki Koniakowskiej. Kilka dni niebywałej dla oczu uczty, niepowtarzalnej atmosfery, wsłuchiwania się w piękne opowieści.
     W tym roku koronkowe święto w Koniakowie trwało aż cztery dni (12-15 sierpnia). Organizatorzy, m.in. Gminny Ośrodek Kultury w Istebnej, Chata na Szańcach zapewnili wiele wrażeń i zadbali o ciekawy program. Z wielką niecierpliwością czekałam na wystawę przedstawiającą historię koniakowskiej koronki i jej rozwój - "WSPOMNIENIE NAJSTARSZYCH SERWET I WZORÓW KONIAKOWSKICH". Ta wystawa mogła zostać zaprezentowana dzięki życzliwości mieszkańców Koniakowa i okolic, którzy udostępnili swoje rodzinne pamiątki. Dla wielu była to także podróż sentymentalna.


  
     Wystawę zainaugurowała Lucyna Ligocka-Kohut z GOK w Istebnej, krótko omawiając zgromadzone koronki.
     Zaprezentowano małe serwetki, niektóre w bardzo nietypowych dla koronki koniakowskiej kolorach. Nad różowymi koronkami pochodzącymi z lat międzywojennych szybko nawiązała się dyskusja. Większość interesujących się koronką zgodnie stwierdziła, że nietypowy kolor jest raczej wynikiem farbowania gotowej serwety.






















      Najstarsze z serwet zaprezentowano za szkłem, ze względu na ich wiotkość, jak chociażby te pochodzące z Czech. Trafiły one do sklepu tekstylnego w latach trzydziestych ubiegłego wieku, gdzie Koronkarki zaopatrywały się w kordonek. Właścicielka sklepu często kupowała koronki.


                                                                  Powyżej koronki z lat 50-tych. 

     Moją uwagę przykuły "fragmenty" serwet, czyli wzorniki z lat 70-tych. Ich wartość jest niezwykła, prócz niewątpliwej - historycznej, pozwalają nam również podejrzeć warsztat koronkarek. Dzięki niemu widzimy, że skomponowanie fragmentu "kątowego" pozwala rozbudować serwetę w pełne koło. Ten wycinek, to swoista próbka planowanych w serwecie elementów, widać ogólny zarys koronki bez konieczności prucia całych wianków (czyli okrążeń). To też możliwość dobierania poszczególnych motywów pod względem wielkości tak, by gotowa praca nie marszczyła się i nie falowała.


     Owalne koronki koniakowskie również wzbudzają zachwyt. Jak chociażby ta, autorstwa Marty Legierskiej. Robiona była do Cepelii, w okresie, kiedy kordonki nie leżały na pólkach i nie czekały na kupca. Środek serwetki zrobiony z polskich nici, niestety kordonka zabrakło. Dokończono ją nićmi czeskimi. Pomimo tej samej numeracji nitki widoczna jest różnica. Koronka została w domu Pani Marty.




Koniakowską koronkę można było dostać nie tylko w prezencie, często były one formą zapłaty. Koronką mogła być zapłatą za opiekowanie się dziećmi.







    
Nietypowymi, rzadko pojawiającymi się koronkami, są te z inicjałami. Powyższa jest dziełem żony wójta z Koniakowa, wykonana została w latach 60-tych
      Prezentem ślubnym była kolejna piękna koronka koniakowska. Podarowana w 1936 roku. Jest przykładem ewolucji koronki. Zewnętrzny wianek skomponowany jest z drobnych kwiatków ujętych w grupy po 8 sztuk. Ten motyw wyparty został przez winogrona tak popularne w obecnych koronkach.


      Koronkarką, która od lat wielu tworzy piękne szydełkowe prace jest, wspomniana już wyżej Marta Legierska. Miło było posłuchać, jak 50 lat temu heklowała serwety ze swoją Mamą Jadwigą. Dwie uzdolnione kobiety połączyły swe umiejętności, by stworzyć piękną koronkową opowieść 💕 Wzruszyłam się kiedy Pani Marta pokazała zebranym, które "kwiotki" heklowała Ona, a które jej Maminka.







Jak widać umiejętność robienia każdego kwiatka innego w obrębie "raji" (okrążenia) Obie Panie Legierskie doprowadziły do mistrzostwa.


     Duże rozmiarowo koronki zawsze budzą podziw. Imponują rozmiarami, precyzją wykonania, bogactwem motywów i fantazją ich twórczyń. Nakład czasu, potrzebny na wykonanie takiej koronki, jest już ponad nasze wyobrażenie. Koronka koniakowska ma to do siebie, że zaskoczyć może zawsze, wykorzystanie mało popularnych i trudnych do wykonania elementów w małej rozmiarowo koronce także zachwyci. Praca nad dużą "rózią" może rozpocząć się od prostych elementów w części środkowej, by wraz z przyrastaniem kolejnych okrążeń ubogacać ją coraz bardziej rozbudowanymi elementami.
     Podczas tej wystawy moją uwagę przykuła koronka, którą zobaczyłam z daleka i w pierwszym momencie pomyślałam, że to połączenie motywów koniakowskich ze specyficznym traktowaniem przestrzeni koronkowej zaczerpniętej z koronki klockowej... Przyznam szczerze, że w ciągu tych kilku dni wracałam kilkakrotnie by popatrzeć na tę koronkę.

Koronka koniakowska, zachwycająca i tak bardzo nietypowa... Wykonała ją, nieżyjąca już, Zuzanna Kohut z Koniakowa dla swej córki, w latach 60-tych lub 70-tych.










Przepiękne kwiatowe motywy wraz z elementami zawierającymi "płócienka" (elementy wykonane szydełkiem naśladujące "tkane" płotna, najczęściej "płócienka" stosuje się do wykonania takich elementów jak koniczynki, serduszka) oraz rozbudowaną obróbką, która oddziela poszczególne części kompozycji stanowią o pięknie i unikalności tej serwety.
 






      Żałuję, że wystawa trwała tylko 4 dni 😢 Była świadectwem zmian jakie, przez wiek, zaszły w koronce koniakowskiej. Na pierwszy rzut oka serwety, które powstawały w okresie międzywojennym, wydawały się prostsze, symetryczne, każdy kolejny wieniec oddzielony był od poprzedniego widoczną obróbką. Każde kolejne dziesięciolecie przynosiło pewne zmiany. Po drugiej wojnie światowej zniknęły drobne kwiatki skupione w grupkach po 8szt. i zastąpiły je winogrona. Kolejne lata spowodowały, że szerokość obróbki oddzielającej kolejne "raje" powoli maleje. Dziś część koronkarek, które w szczególny sposób kultywują dawne tradycje, nadal w swych koronkowych pracach chętnie sięgają do szerokich obróbek. Innym, obróbka służy już wyłącznie jako dodatek konieczny by przyłączać kolejne motywy w okrążeniu.

 Lata Cepelii również odcisnęły swoje piętno... Koronkarki, które z nią współpracowały wiedziały, że serweta, w której znajdzie się nowy motyw będzie wyceniona drożej, niż pozostałe prace. Taka sytuacja sprawiła, że wzbogacił się wzornik.


     Kreatywność pozwoliła tworzyć nie tylko serwety ale także stroje. Kabotki, przedniczki, "taśmy" do wiązania becików, w którym chrzczono dzieci - tzw. "fać", krawaty, rękawiczki.

   
      Zanikają "płocienka"... już niewiele koronkarek potrafi je robić.
Koronka koniakowska zmienia się, ewoluuje i niezmiennie zachwyca.