piątek, 26 maja 2017

Dzień Mamy :)

   26 maja... magiczny dzień! Dzień Mamy 💕❤
Ja także mam drobiazg dla Mojej Mamy. Niewielką serwetkę z elementów.


 Delikatna, troszkę staroświecka... wykonana z białego kordonka Altin Basak Klasik 50. Po raz pierwszy okrągła serwetka z elementów. Znalazłam schemat w zbiorze gazetek, które zajmują już mi cały regał :) Wzór był tak subtelny, że w pierwszej chwili pomyślałam o grubej bawełnie. Potem jednak stwierdziłam, że spróbuje z cienkiej nici, bo chciałabym aby była filigranowa.


Po zrobieniu pierwszego elementu, zachwyciłam się serwetką jeszcze bardziej. Pierwszy fragment przypominał "gluta" i wróżył konieczność blokowania i krochmalenia, ale był tak subtelny... śliczny.




















 Delikatne łączenia elementów wymagają odrobiny precyzji i jednakowej wielkości elementów. Bordiura, okalająca elementy, ładnie spina serwetkę w całość i nadaje jej odrobinkę więcej "stabilności". Nawet po usztywnieniu, serwetka jest delikatna.




















Mały drobiazg dla Osoby, na którą zawsze można liczyć, która zawsze doradzi i wysłucha lamentów na "zły" świat. Dla Jedynej, zawsze Kochanej MAMY 😙🌹🌹🌹💝💝💝


środa, 10 maja 2017

Koniakowskie koronki Marty Legierskiej. Magia bogactwa wzorów.

Koronkę koniakowską przez całe życie mam w zasięgu ręki... no dobra przesadzam, w zasięgu 20 minut jazdy samochodem😀  Jako dziecko nie okazywałam jej zainteresowania. Była mała, Mama nie pozwalała jej dotykać, a już absolutnie położyć jej pod talerz i na niej jeść. Można było ją oglądać... ale do Misia Ptysia, ile razy można patrzeć na to samo!!! Jako podlotek, który "liznął" trochę wiedzy wiedziałam już, że koronka koniakowska to "produkt" lokalny... Tak samo jak sękacz, haft kaszubski, oscypki i pyry z gziką. No! A pyra z gziką jest bleeee... więc o co tyle zamieszania?!
Koronki "objawiły" mi się na studiach. Jako praca ludzkich rąk w wymiarze dzieła sztuki. Jako obiekt, który w muzeach ma swoje miejsce, któremu przywrócenie dawnej świetności to żmudny i bardzo trudny proces. Wtedy zaczęłam sobie pluć w brodę, że przecież cuda mam na wyciągnięcie ręki. A kiedy sama zaczęłam dużo szydełkować, mój zachwyt nad koronką koniakowską wzrósł i umocnił się. Teraz setki razy patrzę na to samo, patrzę i patrzę i nie mam dość 😍
Od kilku tygodni zastanawiałam się jak napisać tego posta. Chciałam, chcę nadal!; przedstawić Kobietę, którą w przelocie spotkałam kilka razy w życiu, z którą nie rozmawiałam ale mam wrażenie, że cały czas do mnie mówi...i podoba mi się ten język!!! Wszystko co o Niej wiem to informacje z książki o koronkach koniakowskich, to wiedza z lokalnej prasy. Ale to wystarczy. To pełny obraz artystki, Mistrzyni Koronki Koniakowskiej, Pani Marty Legierskiej.





















Projekt realizowany przez Muzeum Beskidzkie w Wiśle "Na styku dwóch światów", dofinansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, zakładał warsztaty obejmujące koronkę koniakowską i teneryfową (tzw. koluszka). Przedsięwzięcie kończyła wystawa, prezentowana w Brennej, Żywcu, Cieszynie, Wiśle a także w GOKu w Istebnej. Na wystawie tej prezentowane były prace uczestników warsztatów ale także Mistrzyń Koronki Koniakowskiej: Marty Legierskiej, Beaty Legierskiej (która prowadziła warsztaty "koluszkowe") oraz kilka prac Małgorzaty Pawlusińskiej (prowadzącej warsztaty z koronki koniakowskiej).
Nie było mi dane uczestniczyć w wernisażach, które inaugurowały każdą wystawę w poszczególnych ośrodkach kulturalnych. Nie dane mi było spotkać Pani Marty, która swoja osobą uświetniała wernisaże. Za to dane mi było oglądać Jej piękne prace.




















Koronki w antyramach, za szkłem i pięknie prezentowane na suknie. Wystawę widziałam kilkakrotnie, za każdym razem wrażenia estetyczne niezapomniane!
Koronki Pani Marty wywołują we mnie błogostan. Czuję spokój i zachwyt.
Serweta z "okienkami" to mistrzowskie współgranie elementów "mięsistych", gęsto zabudowanych i filigranowych delikatności.


Jednak mój największy zachwyt wzbudzają okrągłe serwety, które mają ponad metr średnicy. Nie chodzi tu o wielkość, choć trudno nie czuć podziwu dla tak wielkiej pracy. Nie można ich "obejrzeć" jednym lub kilkoma spojrzeniami. To serwety, które wciągają i prowadzą z odbiorcą dialog. Cały swój urok odkrywają kiedy podejdzie się do nich bliżej. Wzbudzają zachwyt, ciekawość. Zaskakują!
W koronkach koniakowskich "raje", czyli kolejne okręgi budowane wokół środkowego motywu zawsze mają jeden styl. Okrąg powtarza ten sam motyw. Z każdym kolejnym okrążeniem wprowadza się kolejny motyw. U Pani Marty ta zasada nie obowiązuje . Jedna "raja" to różne motywy, nie jesteśmy w stanie w okrążeniu znaleźć takiego samego motywu.



Mnogość motywów przyprawia o zawrót głowy. Z uporem maniaka szukałam w obrębie jednej serwety dwóch takich samych motywów (poza centralnymi 2 lub 3 "rajami", które są "konstruowane" jak większość tradycyjnych koniakowskich koronek). Jak wielką wyobraźnię posiada Twórczyni tych serwet! Jak bogaty jest Jej warsztat!


Różnorodność motywów nie zaburza symetryczności serwety. Każda kolejna "raja" to piękny okrąg.


Każdy element zachwyca. Nie można się napatrzeć. Koronka wzbudza ciekawość. Bezwiednie podążamy ścieżką, którą wyznaczają kolejne motywy i kolejne okrążenia.Podziwiamy łączenia między fragmentami. To mistrzowska układanka!


W ubiegłym roku Pani Marta Legierska skończyła 80 lat. Postanowiła zrobić sobie prezent i uheklować dla siebie serwetę, w której każdy "kwiotek" byłby inny. Serwetę można było pooglądać podczas wernisaży projektu, wspomnianego już wyżej, zorganizowanego przez Muzeum w Wiśle
https://www.facebook.com/gminnyosrodekkultury.jasienica/photos/a.981541765307374.1073741864.660827574045463/981544978640386/?type=3
Pani Marta hekluje (szydełkuje) od 10 roku życia. Jej jedyna nauczycielką była mama - Jadwiga Legierska.



19 kwietnia 2017 roku Pani Marta Legierska została laureatką 42. edycji Nagrody im. Oskara Kolberga "Za zasługi dla kultury ludowej". Kilkadziesiąt lat wcześniej, tym samym wyróżnieniem uhonorowano Jej Mamę.


 Oglądając prace Pani Marty mam poczucie spokoju, harmonii, zróżnicowania motywów w obrębie matematycznej symetrii, ładu, uporządkowania. Kojarzy mi się ona, z tak popularnymi obecnie, kolorowankami antystresowymi w kształcie mandali.


 Mandala w buddyzmie to harmonijne połączenie koła oraz kwadratu, gdzie koło jest symbolem nieba, zewnętrzności i nieskończoności, natomiast kwadrat przedstawia sferę wewnętrzności, tego co jest związane z człowiekiem i ziemią. Podstawowy wzór mandali to okrąg, w który wpisany jest kwadrat, czasem podzielony na cztery trójkąty. Każdym z czterech powstałych fragmentów rządzi symetria. Obie figury łączy punkt centralny, który jest zarówno początkiem jak i końcem całego układu. To centrum mandali, środek całego diagramu stanowi "bindu", czyli kropka, punkt gdzie kumuluje się energia.
Podobnie jest w serwetach, kumulacja energii jest w punkcie centralnym, pojedynczym motywie, wokół którego tworzy się poszczególne okręgi . Każdy kolejny okrąg tę energię rozprowadza.




















Koniakowskie koronkarki mają swoje wzorniki, do elementów nie ma schematów. Na ich podstawie następuje proces tworzenia. Trzeba mieć wyobraźnię, świadomość wielkości motywu. Taki warsztat zdobywa się doświadczeniem, kilometrami przerobionych nici i pokorą.


Pani Marta jawi mi się jako niezwykle skromna osoba, z sercem na dłoni. Nie zabiega o rozgłos. Dzieli się z nami wszystkim, co w jej twórczym życiu jest ważne. W jednej serwecie przekazuje nam niemalże cały wzornik. I powiedzmy sobie szczerze, nie jesteśmy w stanie tego wzornika skopiować i odtworzyć w serwetach, bo nie mamy warsztatu. Podobnie nie mamy umiejętności, choć mamy możliwości, by stać się dobrym naśladowcą Leonarda da Vinci czy Vincenta van Gogha. O czym to świadczy? O tym, że Pani Matra Legierska jest Artystką, Mistrzynią Koronki Koniakowskiej.



















poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Zakładki do książek.

23 kwietnia to Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, doroczne święto, które organizuje UNESCO, w celu promocji czytelnictwa, edytorstwa i ochrony własności intelektualnej za pomocą praw autorskich. Dzień ten po raz pierwszy obchodzono w 1995 roku.
Czasem taki dzień skłania do obdarowywania się książkami, tym bardziej, że w "okolicach" tej daty księgarnie kuszą nas rabatami.


Książki kupuję pod wpływem impulsu, zachcianki, kompletuję serie. Podobnie moi bliscy. W tym roku Moi Kochani dostali nowe, zrobione moimi rękami zakładki :) Mały drobiazg, który rozpromienia ukochane Pysie.


Najstarsza córa, nastolatka jak widać czyta N. Sparksa, kompletuje J. Chmielewską (bo dobrych kryminałów nigdy za wiele), namiętnie wraca do "Jeżycjady" M. Musierowicz (ja korzystam z tego i na bieżąco jestem z kolejnymi tomami serii, która i moją młodość pochłonęła w całości).


Ulubiony kolor - chaber. To już trzecia zakładka :) jaką dostała, wszystkie zagospodarowane.. Podobnie jak ja czyta kilka książek na raz :) Lekturę, kryminał i coś "lekkiego".


Synowi wszystko jeździ, zapalony rajdowiec, fan F1, motoryzacyjny gracz komputerowy.  Na szczęście też czyta!!! Nie chwali się tym, bo to przecie "takie niemęskie" i grozi za to towarzyskie "trollowanie" (cokolwiek to znaczy). Zakładka też w ulubionym kolorze. Chociaż on przyjmując ten drobiazg uruchomił zupełnie inny zmysł - węch... Tak! Krochmalę zakładki w Łudze. Syn uwielbia ten zapach :)

Dla Niego to też kolejna zakładka, bo przecież trzeba zaznaczyć Bugatti w albumie, lektura też się czyta... no i biografia kierowcy rajdowego, sprofanuje jeżeli założy papierkiem od cukierka :D   A do tego: "Mamo! Jak to super pachnie!" I jeszcze seria "Mikołajek", znany już prawie na pamięć, na ulubionych fragmentach książki już się same otwierają...


 Młodsza Księżniczka przyjmuje wszystko co bajeczne i księżniczkowe, koniecznie z "obrazkami"


Ostatnio jej uwagę przykuwają "Historyjki" Beatrix Potter. Z pięknymi ilustracjami, pogodnymi, niedługimi opowiastkami z morałem, w sam raz dla siedmiolatki, która niedawno opanowała samodzielne, płynne czytanie.

 Mąż odkrył W. Cejrowskiego. Jego śmiech tubalnie, raz po raz roznosi się po domu... widać w głębi Amazonii fajni ludzie sobie żyją ;) Więc i zakładka jest w tropikalnym kolorze.



Moje robótkowo-książkowe królestwo (tak, taka systematyka ważności!) jest zakładkowo monotonne, ale charakterologicznie to feeria barw.

Też kilka pozycji na raz. Zawodowe, bo to pasja życia zaraz po szydełkowaniu i estetyczna uczta dla oczu :) Napędzane ciekawością... jak wyglądało życie setki lat temu i czy znano już koronki?  Konieczna jest też zawsze książka "odmóżdżająca", lekka i przyjemna, by po czasie poszukiwania informacji, trudności w zrozumieniu poczynań bohaterów, zawikłanych kryminalnych zagadek, po raz kolejny znaleźć po prostu przyjemność w czytaniu :)


A u mnie zakładki stanowią także fragmenty koronek...





















Zakładki robię najczęściej z resztek kordonków. Czasem zostaje mi ich sporo, bo wzór, nad którym pracuję źle wygląda kiedy łączę nitki w robótce. Krochmalę w Łudze, zanurzam je w tym miło pachnącym "mleczku" i zostawiam na całą noc. Po uprasowaniu na mokro między dwoma kawałkami płótna są już sztywne jak blacha. Frędzle dołączam na koniec, krochmal odebrałby im lekkość.


Wzory znajduję w internecie (Pinterest jest skarbnicą dobra wszelakiego), niektóre, jak ta filetowa, to mój pomysł. Wykorzystałam też motyw koniakowski "kwiotek ze strupkiem", nie mogłam przecież zapomnieć o wielkiej fascynacji koronkami koniakowskimi :)


Ale napiszę szczerze... ukrochmalony i sprasowany w ten sposób motyw koniakowski, traci niestety troszkę na swoim uroku. Widać to na zdjęciu powyżej.


Z zakładką lub bez, czasem lubię odłożyć szydełko by przenieść się w świat gdzie wyobraźnia pracuje samoistnie i daje mi to wielką przyjemność.