środa, 18 lipca 2018

Koronka klockowa.

      Po raz pierwszy z koronką klockową spotkałam się w dzieciństwie, podczas jednej z wycieczek szkolnych. Pamiętam tylko tyle, że szybkie przekładanie klocków przez wprawną Koronczarkę wzbudziło we mnie zdziwienie i śmiech.  Dziecięce rozbawienie, wraz z kolejnymi latami zmieniło się w zainteresowanie tą techniką. Przyznam szczerze, że nie było mi dane spróbować tej techniki i nadal z wielkim zaciekawieniem przyglądam się temu wspaniałemu rękodziełu. Podczas Dni Koronki Koniakowskiej mam możliwość zobaczenia wspaniałych koronek nie tylko z Krakowa i Bojowej, ale również z innych zakątków Europy.


     Kozàrd, niewielka wioska na północy Węgier zaprezentowała w zeszłym roku tak misterne koronki, że nie byłam w stanie oderwac od nich wzroku. Pozwólcie,  że zaprezentuję Wam zdjęcia tych przepięknych koronek, według mojego, bardzo subiektywnego, stopnia zachwytu 😉





      Nie ukrywam, że te przepiękne koronki wykonane niezwykle elegancko prezentowały się na czarnym tle.





     Łączenie technik ... właściwie czemu nie.


Jak się okazuje klocki i frywolitka potrafią zgrać się w pięknym duecie.


      Jak mówi stare porzekadło: "Co kraj, to obyczaj", w praktyce natomiast okazuje się, że choć dzielą nas granice, język, to w rękodzielniczym świecie znajdujemy wspólny mianownik i cieszymy się możliwością tworzenia, obserwowania tego co tworzą inni i zachwycania się tym co piękne. 





      Już niebawem kolejna porcja koronki klockowej, tyle tylko że zdecydowanie bardziej "malarskiej" i prosto z Czech 





piątek, 29 czerwca 2018

Okrągły obrus

     Tym razem będzie inaczej 😉 Zamiast wprowadzenia - zdjęcie 😃


Po tym metrowym obrusie zostały mi już tylko zdjęcia... Chociaż widuję go czasami, wystarczy, że zejdę piętro niżej... Do Sąsiadki...
Od jakiegos czasu żyję na dwa domy, na dwa samochody, ciągle w drodze... Troszkę już jestem tym zmęczona...dwa razy więcej sprzątania, dwa razy wiecej okien do mycia...dezorientacja gdy czegoś szukam, bo jeśli to jest tu - to powinno być w tym miejscu, a jeśli tam, no to znajdę jak tam pojadę...Ponoć nic w przyrodzie nie ginie...
W jednym miejscu dom, w drugim - mieszkanie w bloku... niby dwa różne światy ale jakoś tak sie złożyło, że podobna ilość schodów 😉  Gdzie "tu" są plusy - to "tam" są minusy, ot taka róznorodność, na monotonię nie narzekam. Wracając do obrusu... to prezent dla Sąsiadki!





     Muszę przyznać, że Sąsiadkę mam rewelacyjną. Dzieci wyfrunęly Jej już w świat i troszkę nam "matkuje" i "babciuje". Wpadnie z kawałkiem ciasta, podleje kwiaty kiedy beztrosko "bujamy" sie na wakacjach, przewietrzy mieszkanie zanim z tych wakacji przyjedziemy. Kiedy wprowadziliśmy sie do mieszkania w nowym dla nas mieście, serdecznie wprowadziła nas w "zwyczaje". Kiedy moja najmniejsza Anielica pojawiła się na świecie, nawet nie wiedziałam, że trzeba było "coś" zrobić w związku z obchodami Bożego Ciała, bo wszystko wzieła na siebie, "No bo gdzie się będziecie tłukli,  jak Kruszyną trzeba się zająć". Wpadam do niej na kawę. Podwozi mi dzieciaki ze szkoły. Dzielnie znosi głośny stukot dziecięcych i młodzieżowych skoków, potwornie głośną muzykę i dzikie ryki. Po prostu Życzliwa Dusza!

    
     Po tylu latach odwiedzin, kaw i ploteczek coś dla Niej 😊 Na kawowy stolik, który jest mi już tak dobrze znany.


     Obrus ma metr średnicy. Zrobiłam go szydełkiem 1,3 z naszej rodzimej Muzy 10, której zeszło mi prawie trzy motki. Ponieważ na meblościance dojrzałam serwetkę w "ananasy", to wzor obrusu chciałam dopasować choć troszke...
Schematu szukałam dość długo, bo większość ananasowych serwetek była albo za mała, albo miała takie nagromadzenie motywów, że stawałay się bardzo gęste... a to miało być coś delikatniejszego. Schemat, który mi sie spodobała, był przewidziany tylko na ok 50cm.
 https://pl.pinterest.com/pin/574420127469683684/  
Czyli czekało mnie jeszcze około 45cm kombinowania , prucia i przeliczania... Schemat na szczęcie jest dość prosty a ananasy można powtarzać w nieskończoność. Elenent "siatkowy" też można rozbudowywać. Co prawda na przestrzeni ostatnich 40cm musiałam nieco tę siatkę skorygować. Przesunęłam też romb z drugiego rzędu ananasów na ostatni, co wymagało trochę skupienia w rozliczaniu łuków z łańcuszka. Efekt końcowy, czyli uzyskanie większej średnicy wprawił mnie w dobry humor. 😁 Udało się!


     Obfotografowanie obrusu wymagało z mojej strony odrobiny inwencji i gimnastyki, bo mebla, gdzie ładnie by się prezentował - brak. Na dywanie, czy nawet na podłodze nie lubię robić zdjęć. Mimo wszystko, że tego nie widać, to wydają mi się one zupełnie nieestetyczne... Cóż, ja nadal wiem, że to podłoga...


     Powstał w niespiesznym tempie, razem z innymi robótkami z tak zwanego "międzyczasu" zajął mi miesiac leniwego dziergania. Niestety po praniu trzeba go napiąć, bo siatka pomiędzy ananasowymi "promieniami" delikatnie się kurczy i efektem byłby dziesięciobok a nie koło...




       Kiedyś kupię sobie okrągły stół i wtedy.... może sobie zrobię i taki obrus... chociaż w internecie można znaleźć tyyyyyyyyle inspiracji...
         
 









poniedziałek, 25 czerwca 2018

Serweta z mnóstwem pikotków.

     Wakacje! Wreszcie wakacje!
Nadrobię wreszcie wszystkie "pisane" zaległości 😃 Zacznę od serwety, którą skończyłam w kwietniu, zdążyłam zrobić zdjęcia... i wszystko poszło w odstawkę, bo szkolny rytm dnia moich Dzieci, kształtował także i mój dzień. Tak sobie myślę, że w dzisiejszych czasach w każdym domu Mama i Tata to podstawa, ale potrzebny jest jeszcze kierowca na pełen etat! Nie opanowałam pisania postów w samochodzie, kiedy czekam na Dzieciaki 😉, zdjęcia na fotelach robi się niezbyt poręcznie. Dwa miesiące wakacji... jest szansa, że teraz rytm będzie inny a przynajmniej wieczory dłuższe, bo rano nikt nie będzie pędził do szkoły.
     Kiedy zobaczyłam schemat przeszło 10 lat temu, wiedziałam, że ta serweta będzie moim "must have"...kiedyś. Wtedy, kiedy przekonam się do pikotków. Wreszcie "dorosłam". To ten moment - pomyślałam. W szafce do dyspozycji było kilka kordonków, zdecydowałam się na biały Altin Basak Klasik. Szydełko 0,75.

 
     Na samym początku jeszcze liczyłam pikotki, po stu trzydziestu przestałam... To najbardziej "pikotkowa" serwetka jaką kiedykolwiek robiłam (nawet kilka koniakowskich koronek, które zrobiłam miały ich mniej). Muszę przyznać, że serwetkę robi się przyjemnie. Wymaga troszkę skupienia i wprawy, ale efekt jest niesamowity, a sama serwetka niezwykle delikatna. Jedyny minus - trzeba blokować. Ilość pikotków, delikatność serwety i cienka nić wymuszają upięcie serwety podczas suszenia.


      Schemat zamieszczony jest w gazetce "Robótki ręczne" 9/2008. Ale można go również znaleźć w sieci, chociażby na Pinterest https://pl.pinterest.com/pin/574420127469683896/


      Serweta chwilowo trafiła do szuflady, nie mam okrągłego stolika, na prostokątnej ławie nie prezentuje się dobrze. Moje najstarsze Dziecię od jakiegoś czasu wspomina coś o łapaczach snów... Może więc znajdzie inne zastosowanie...





     W moim wydaniu serwetka ma 43cm. średnicy. Jest idealna na drobny, gustowny i efektowny prezent.





      Wykonana z grubego kordonka  byłaby niebanalnym obrusem. Obawiam się jednak, że wtedy nabrałaby toporności i straciłaby cały swój urok, delikatność i subtelność.



     Na wakacje życzę Wam, moi Kochani Czytelnicy, słońca, pogody ducha i wielu pięknych inspiracji, nie tylko szydełkowych. 🌞🌄🌅🌇






piątek, 8 czerwca 2018

Koronki z odzysku.

     Od kilku lat regularnie zaglądam do second handów (lumpeksów lub ciucholandów - jak zawał tak zawał ). Przebranie za biedronkę - na pojutrze (czyli tak naprawdę, z moimi zdolnościami szyciowymi, na przedwczoraj...), poszukiwanie czerwonego materiału albo czegokolwiek z czego biedronka może powstać... Albo sytuacja, w której wszystkie dzieci w szkole mają być na zielono, bo "Dzień św. Patryka" a ja w szafie mam tylko moro... I jak na złość w żadnym sklepie nie ma niczego w tym kolorze... Wtedy te przybytki ratują dziecięce twarze w przedszkolu i nie dziurawią mojej kieszeni niczym pociski dum-dum...
     Przyznam się jednak, że zaglądam tam nie tylko po to by ratować się w kryzysowej sytuacji kostiumologicznej. Zaglądam tam czasami po to, by wśród wielkich hałd "niewiadomoczego" trafić na piękne rękodzieło. Tak dobrze przeczytaliście! Na rękodzieło! Pomięte, zdeformowane przez nieumiejętną pielęgnację, wyglądające niczym gluty, serwety z pięknymi motywami, niedocenione, "babcine, niemodne" filety ... znaleźć można śliczności. Niektórych poplamionych piękności nie da się już odratować, ale można podpatrzeć piękne motywy i spróbować je odrobić.
     Pochwalę się kilkoma "wyłowionymi" rękodzielniczymi cudami ;)
Przepiękna serweta zrobiona na drutach. Była poplamiona, wyglądała jak flak. Po odplamieniu i zablokowaniu ujawniła wielki kunszt i całe swoje piękno. Moje umiejętności w dzierganiu na drutach są małe, ale wystarczy spojrzeć na ten obrus by dostrzec jego niebanalny wzór i staranność wykonania.


     W moich planach jest nauka koronki igłowej. Technika niezwykle pracochłonna, ale tak efektowna, że zapiera mi czasem dech, kiedy patrzę na cuda wyczarowane tą techniką. Bogactwo detali, różnorodność "ściegów" a w ogólnym rozrachunku precyzja i subtelność. Dwie różne, obie piękne nie pytajcie, którą wybrałabym...


     Wiązanie siatki i haft na niej to jedna z technik, którą bardzo chciałabym opanować. Może kiedyś będzie mi dane spotkać Kogoś, kto przekaże mi choć cząsteczkę swojej wiedzy. Na razie zostaje mi podziwianie...
Nie będę ukrywała, że ta piękna serwetka jest moją faworytką "lumpeksowych"  łowów.

                                                         

Druga, mniejsza jest równie efektowna i piękna.


     Pozostańmy przy filecie, tyle tylko, że szydełkowym. Serwety powiedziałabym "codzienne", robione średniej grubości kordonkiem.  Najmniejsza w odcieniu pudrowego różu.


     Szydełkowe serwety to coś, co lubię robić, wieczór z szydełkiem to najlepsza forma relaksu. Dlatego nie mogłam przejść obojętnie koło kilku szydełkowych serwet. Urocze kwiatuszki są niezwykle subtelne.


Zamierzam je w najbliższym czasie odrobić i stworzyć sobie nieco większy bieżnik.


    Kolejna serweteczka urzekła mnie swoją delikatnością i wielokrotnie nawijanymi słupkami. Mniej niż 10 okrążeń, a tak piękny efekt
     

     Gwiazda jest piękna sama w sobie, trudno ją wyeksponować, bo potrzebuje samotności i przestrzeni na jej rozłożenie. Zostawiona sama sobie prezentuje się przepięknie.
   
    
     Koronka klockowa, to technika, którą podziwiam. Im więcej par klocków plącze wzór, tym jest on ciekawszy, większy, bogatszy. Najprostsze są najbardziej przejrzyste, ascetyczne.


 Prostokątne, kwadratowe czy okrągłe... lniana nić nadaje im cudowną sztywność.


A wśród nich trzy koronki klockowe z motylami. Każda jest inna, ale przez niewprawne oko mogą być uznane za komplet.




     Być może, to zbyt duża emocjonalność, a może solidarność rękodzielnika sprawia, że sięgamy po zapomniane, leżące na dnie lumpeksowego kosza, rękodzieło. Nie zmienia to jednak faktu, że osobą, która potrafi docenić kunszt i pracę włożoną w powstanie takiego, czy innego dzieła rąk ludzkich, jest także rękodzielnik...