piątek, 8 czerwca 2018

Koronki z odzysku.

     Od kilku lat regularnie zaglądam do second handów (lumpeksów lub ciucholandów - jak zawał tak zawał ). Przebranie za biedronkę - na pojutrze (czyli tak naprawdę, z moimi zdolnościami szyciowymi, na przedwczoraj...), poszukiwanie czerwonego materiału albo czegokolwiek z czego biedronka może powstać... Albo sytuacja, w której wszystkie dzieci w szkole mają być na zielono, bo "Dzień św. Patryka" a ja w szafie mam tylko moro... I jak na złość w żadnym sklepie nie ma niczego w tym kolorze... Wtedy te przybytki ratują dziecięce twarze w przedszkolu i nie dziurawią mojej kieszeni niczym pociski dum-dum...
     Przyznam się jednak, że zaglądam tam nie tylko po to by ratować się w kryzysowej sytuacji kostiumologicznej. Zaglądam tam czasami po to, by wśród wielkich hałd "niewiadomoczego" trafić na piękne rękodzieło. Tak dobrze przeczytaliście! Na rękodzieło! Pomięte, zdeformowane przez nieumiejętną pielęgnację, wyglądające niczym gluty, serwety z pięknymi motywami, niedocenione, "babcine, niemodne" filety ... znaleźć można śliczności. Niektórych poplamionych piękności nie da się już odratować, ale można podpatrzeć piękne motywy i spróbować je odrobić.
     Pochwalę się kilkoma "wyłowionymi" rękodzielniczymi cudami ;)
Przepiękna serweta zrobiona na drutach. Była poplamiona, wyglądała jak flak. Po odplamieniu i zablokowaniu ujawniła wielki kunszt i całe swoje piękno. Moje umiejętności w dzierganiu na drutach są małe, ale wystarczy spojrzeć na ten obrus by dostrzec jego niebanalny wzór i staranność wykonania.


     W moich planach jest nauka koronki igłowej. Technika niezwykle pracochłonna, ale tak efektowna, że zapiera mi czasem dech, kiedy patrzę na cuda wyczarowane tą techniką. Bogactwo detali, różnorodność "ściegów" a w ogólnym rozrachunku precyzja i subtelność. Dwie różne, obie piękne nie pytajcie, którą wybrałabym...


     Wiązanie siatki i haft na niej to jedna z technik, którą bardzo chciałabym opanować. Może kiedyś będzie mi dane spotkać Kogoś, kto przekaże mi choć cząsteczkę swojej wiedzy. Na razie zostaje mi podziwianie...
Nie będę ukrywała, że ta piękna serwetka jest moją faworytką "lumpeksowych"  łowów.

                                                         

Druga, mniejsza jest równie efektowna i piękna.


     Pozostańmy przy filecie, tyle tylko, że szydełkowym. Serwety powiedziałabym "codzienne", robione średniej grubości kordonkiem.  Najmniejsza w odcieniu pudrowego różu.


     Szydełkowe serwety to coś, co lubię robić, wieczór z szydełkiem to najlepsza forma relaksu. Dlatego nie mogłam przejść obojętnie koło kilku szydełkowych serwet. Urocze kwiatuszki są niezwykle subtelne.


Zamierzam je w najbliższym czasie odrobić i stworzyć sobie nieco większy bieżnik.


    Kolejna serweteczka urzekła mnie swoją delikatnością i wielokrotnie nawijanymi słupkami. Mniej niż 10 okrążeń, a tak piękny efekt
     

     Gwiazda jest piękna sama w sobie, trudno ją wyeksponować, bo potrzebuje samotności i przestrzeni na jej rozłożenie. Zostawiona sama sobie prezentuje się przepięknie.
   
    
     Koronka klockowa, to technika, którą podziwiam. Im więcej par klocków plącze wzór, tym jest on ciekawszy, większy, bogatszy. Najprostsze są najbardziej przejrzyste, ascetyczne.


 Prostokątne, kwadratowe czy okrągłe... lniana nić nadaje im cudowną sztywność.


A wśród nich trzy koronki klockowe z motylami. Każda jest inna, ale przez niewprawne oko mogą być uznane za komplet.




     Być może, to zbyt duża emocjonalność, a może solidarność rękodzielnika sprawia, że sięgamy po zapomniane, leżące na dnie lumpeksowego kosza, rękodzieło. Nie zmienia to jednak faktu, że osobą, która potrafi docenić kunszt i pracę włożoną w powstanie takiego, czy innego dzieła rąk ludzkich, jest także rękodzielnik...

wtorek, 29 maja 2018

Herbatniczki.

     Kolejny bieżnik :) Przestałam je już liczyć... Tej frajdy jaką daje mi robienie i łączenie elementów nie da się niczym zastąpić.
     Zeszłego lata pokusiłam się o kwadratowe, kolorowe podkładki pod kubki, teraz postanowiłam zrobić bieżnik z podkładkowych elementów.


     Schematu nie ma, powstał w mojej głowie. Zainspirował mnie do niego element, który lata temu zobaczyłam w lumpeksie. Tak na marginesie dodam, że szykuje się post-olbrzym o cudach jakie można znaleźć w second-handach vel ciucholandach ;)
     Bieżniczek miał mieć wymiary 60x120cm. Sięgnęłam po ulubiony kordonek z grubości maxi, czyli po Maxi Madame Tricote i szydełko 1,25.


     Dość gęsty wzór, ścisłe łączenie za pikotki i geometryczność elementów sprawiają, że to rewelacyjny bieżnik do "codziennego" użytkowania. Prany w pralce nie traci formy, nie wymaga blokowania - dziergadło niemal idealne. Trzeba tylko troszkę uważać podczas prasowania, bo zbyt energiczne przeciągnięcie żelazka może pozawijać małe fragmenty... Ale wolę uważać podczas prasowania niż spędzać godziny na blokowaniu ;)


     Z tematem uwinęłam się sprawnie (w 2 tygodnie), bo miałam też motywację - gości. Mój wcześniejszy bieżnik, po bliskim spotkaniu z kupnym sosem pomidorowym, stracił cały swój urok. Bezpieczniej było wydziergać nowy, niż ryzykować utratę starego "wirusowego" po radykalnych działaniach środkiem "wysokożrącym"... (podałabym jeszcze nazwę owego sosu pomidorowego, ale jakkolwiek by na to nie spojrzeć, byłaby to kryptoreklama 😜 )


     Gości przyjęłam przy starym stole, ozdobionym nowym bieżnikiem. Koleżanka (fanka rękodzieła "wstążkowego"- czytaj: "karczochy", haft wstążkowy itp.) od razu zauważyła mój nowy wytwór, starając się jednocześnie wciągnąć do rozmowy o rękodziele także swojego Małżonka... Kolega Małżonek wyraził kilka słów uznania, kwitując swą wypowiedź "Przypomina mi herbatniczki ułożone na blasze jako spód do jakiegoś pysznego ciacha". Gruchnęłam śmiechem, moja cała rodzinka także, Koleżanka się spłoniła udzielając Koledze Małżonkowi ostrej reprymendy. Tym sposobem bieżnik dostał swoją nazwę -"Herbatniczki" 😄 Kolega Małżonek w podzięce dostał dodatkowe porcje ciasta (szkoda, że nie było ono na herbatniczkowym spodzie)



      Winna wam jestem jeszcze jedno wyjaśnienie... Maxi Madame Tricote to mój ulubiony kordonek z grupy "Maxi"  , szczególnie upodobałam sobie kolor kremowy o numerze 6282. Zalecane jest do niego szydełko 1,5, ja sięgam jednak po mniejszy rozmiar, dzięki temu uzyskuję fajną strukturę splotu (tzn., ja taką lubię ;) )


     W planach czeka już kolejnych kilka postów. Dziergam też kolejne większe projekty... tylko doba jakaś taka krótka... I o ile w szydełkowaniu nie mam "zaległości", to w pisaniu, robieniu zdjęć i ich obróbce po porostu się nie wyrabiam...





Przed nami Boże Ciało, niektórym weekend troszeczkę się wydłuży. Życzę Wam odpoczynku, pogody, wytchnienia...



sobota, 21 kwietnia 2018

Wiosenny bieżnik

     Wiosna w tym roku przyszła i od razu pokazała, kto rządzi 😉 Zaczynam się zastanawiać, czy temperatura przekraczająca 25stopni w połowie kwietnia jest naturalną koleją rzeczy i jak będzie wyglądało lato...
     Postanowiłam zrobić sobie prezent na Wielkanoc i spleść wiosenny bieżnik na mój stół w salonie. No przecież nie może być tak, by szewc bez butów chodził... Ostatnimi czasy wydałam swoje cztery bieżniki znajomym... Wzoru szukałam w internetowych czeluściach, bo miałam spore wymagania. Miał być robiony w całości, ale nie filet, no i nie z drobnych elementów, bez zatrzęsienia pikotków, subtelny. Po dwóch dniach spędzonych w wirtualnym świecie dostałam oczopląsu i nie umiałam zdecydować się na jakikolwiek pomysł 😱 
     Maxi Madame Tricote czekało i zerkało na mnie z szafki. No przecież nie można długo wytrzymać bez dziergania...  Wyciągnęłam z szafki moje gazetki, kolejne kilka godzin spędziłam na podłodze, bo na stole już się nie mieściłam. Znalazłam schemat!!!

      Oczywiście nie spełniał moich wcześniejszych założeń w żadnym punkcie... Wybrałam elementy i to dość drobne, pikotki też się znalazły 😉  Na dodatek elementy łączone były w taki sposób, że obrus tworzył długi, dość wąski romb. Zmieniłam ułożenie, czyli przesunęłam schemat o 90͒ , zrezygnowałam ze spiczastych rogów i brzegi bieżnika ułożyłam prosto. Powstał rozciągnięty sześciobok.

     Bieżnik ma wymiary 60x115cm. Kordonek Maxi Madame Tricote w kolorze ecru, mój ulubiony jeśli chodzi o grube kordonki. Szydełko 1,25.



     Elementy komponują się mało subtelnie, sprawiają mięsiste, miękkie wrażenie. Obrusik jest gęsty, mało "przejrzysty", ale skradł mi serducho już podczas dziergania 💕

    
      Wydaje mi się nieco rustykalny, ale chyba właśnie w tym tkwi cały jego urok. Kiedy po praniu wyjęłam go z pralki (tak! wszystkie robione przez siebie koronki piorę w pralce!) byłam pozytywnie zaskoczona, forma i kształt świetnie się trzymały, wystarczyło wysuszyć na płasko i uprasować.




















        Zdążyłam przed Wielkanocą! Na Święta leżał na moim stole i cieszył oczy 😃



















      Schemat pochodzi z gazetki "Robótki ręczne" 3/2006, element ma zaledwie 5 okrążeń i jest bardzo prosty, dzierga się go niezwykle przyjemnie.


      Przyznam Wam szczerze, że zamarzył mi się obrus z tych elementów, wielgaśny obrus, na gigantyczny stół...





piątek, 13 kwietnia 2018

Kołnierzyk

      Boże Narodzenie już dawno za nami. Prezenty już dawno rozdane ... więc oficjalnie mogę pisać o tym, co wręczone zostało i cieszy obdarowanych 😁.
Prac, które powstawały do szuflady pod hasłem "prezent" było całkiem sporo, królowały gwiazdki, bombki, gwieździste serwety, bieżniki w zieleniach, czerwieniach o typowo bożonarodzeniowych wzorach. Ale jedna praca była wyjątkowa...kołnierzyk.
     Po raz pierwszy robiłam element stroju, po raz pierwszy z motywów koronki koniakowskiej. Dokumentowałam fotograficznie każdy etap pracy 😉 Dopiero ostatnie zdjęcie to efekt finalny, ukrochmalony, odprasowany.


      Wymyśliłam sobie, że najbliżej szyi będzie łuk z kwiatków "ze strupkami" czyli  kwiatek 3D. Ten malutki element jest niezwykle plastyczny i nadzwyczaj urokliwy. Przyznam szczerze, że to mój ulubiony motyw w koronce koniakowskiej. Uwielbiam serwety z tym elementem 😍 Kwiatuszki w rzędzie najbliżej szyi połączyłam tylko jednym pikotkiem, to pozwoliło uzyskać łuk kołnierzyka i w bardzo naturalny sposób nadało mu dużą plastyczność.
     Kolejny rząd to "koszyczki", motyw który przez sporą ilość pikotek pozwoliłby mi przyłączyć elementy w kilku miejscach, w zależności od potrzeby. Jest przy tym również niezwykle plastyczny a swoim wyglądem przypomina ananaski. Zdjęcie powyżej to zasługa małych rączek mojej Ośmiolatki, która wykorzystała moment mojej nieuwagi i sprytnie, w ramach potwornego nudzenia się, ułożyła taki kwiatuszek. Muszę przyznać, że ma u mnie wielkie lody za tą aranżację 😉🍧🍨🍦 


     Te dwa rzędy kołnierzyka robiło się łatwo i przyjemnie. Sam pomysł i efekt, który "wydziergałam" sprawiał, że "puchnęłam z dumy" i robótka "paliła" mi się w rękach .


"Koszyczki" spięłam rzędem "kobyłek" czyli łańcuszkiem z 5 oczek. Kołnierzyk miał piękny łuk.
I zaczęły się schody... Każdy kolejny pomysł prułam, dziergałam i znów prułam... Elementy, które chciałam umieścić w tym projekcie były zbyt duże i zaczynał mi brzydko falować 😢 Po pięciu dniach prób i prucia wreszcie doszłam do wniosku, że motyw trzech kółeczek będzie najlepszy. Dziś wiem, że to nie był najlepszy pomysł, kółeczka nie ułożyły się w kołnierzyku tak jak bym chciała. Ale mimo wszystko jestem z niego dumna, bo obdarowana nim Osoba jest zachwycona 😊



     Sznureczki do wiązania dorobiłam do gotowej, upranej i wykrochmalonej pracy. 

  
     Do tematu kołnierzyków na pewno jeszcze wrócę 😁


 

piątek, 9 marca 2018

Zaczynam się powtarzać ;)

       Pewnie nie raz zdarza Wam się sięgać po sprawdzony schemat... No bo w końcu jest "przerobiony",  bo wyjdzie, bo szybko się go robi i jest efekt WOW, bo robić go można oglądając ulubiony serial... Generalnie jest sporo "za" i logicznie myśląc "czemu nie...?"
       Do tego projektu zabrałam się z werwą, pozytywnym nastawieniem i zapałem... Trudno odmówić przyjaciółce, która przyszła do mnie z naręczem kordonków i bezowym tortem... 😋
       Po raz kolejny się za(WIRUS)owałam 😂 . Poczułam ulgę, że zdjęto ze mnie bieganie za kordonkiem, poszukiwanie odpowiedniego odcienia, robienie próbek kilku wzorów. Nie miałam problemu, że Przyjaciółka wybrała coś co leży i u mnie na stole... W końcu jej bieżnik miał być trzy razy większy...   Sfotografowanie go na dość dużym stole było dla mnie wyzwaniem.

   
      Początkowo wszystko szło jak z płatka, w połowie pracy zapał się gdzieś zapodział... Została konieczność wywiązania się ze zobowiązania.

  
      Po kolejnych czterech, czy pięciu motywach pozytywne nastawienie pękło jak bańka mydlana... Zaczęłam się zmuszać do robienia kolejnych motywów, do ich łączenia.

   
      Poczułam się zmęczona monotonią wzoru, przesyt zmienił się w niechęć do szydełkowania... Zachciało mi się sięgnąć po coś nowego, dużego, trudnego ... ale "wirus" leżący na stole i wzywał mnie, śnił mi się jako koszmar w nocy, prześladował mnie w dzień. Miałam ochotę wrzucić go do kosza i dopilnować by Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania Miasta wywiozło go natychmiast w nieznanym kierunku...
Narzuciłam sobie reżim! Jeden element dziennie choćby się waliło i paliło ... a w nagrodę ... szalik na drutach. Motywowałam się i poddawałam, klęłam pod nosem i dziergałam... Ostatni tydzień był koszmarem. Co z tego, że wszystko wychodziło? Co z tego, że było równo, starannie a kordonek to mój ulubiony Maxi Madame Tricote? Wiedziałam już, że NIGDY WIĘCEJ nie chcę robić nic tym wzorem!!!


       Z wielką ulgą dopinałam ostatni element 💣 W perspektywie było już tylko pranie, suszenie i prasowanie. Gotowy bieżnik szybko spakowałam i zaniosłam Przyjaciółce.



     Poczułam wielką ulgę 😄 Ponoć "nigdy nie mów nigdy"... OK! Nie powiem tak 😁 Raczej nie sięgnę po ten wzór, postaram się przedstawić inne propozycje. Powstaje tyle nowych wzorów, wolę robić różnorodne wzory niż zamykać się tylko na jeden. Nie kusi mnie już chusta Wirus...  Mój jeden bieżnik z tego wzoru, zaginął pod papierami Męża, drugi schowałam głęboko. Nie cieszą mnie... może kiedyś sobie o nich przypomnę... Póki co jedyny taki bieżnik oglądam u Przyjaciółki, kiedy wpadam do niej na kawę... Ona też już wie...😇

    Jedynym pozytywem jaki zobaczyłam w tym wszystkim, to szczęście Przyjaciółki 😄















czwartek, 22 lutego 2018

Czeskie poszukiwania i sentymentalny filet

    Dawno mnie tu nie było...
Szydełkowych prac powstało całe mnóstwo ale brakło już czasu na pisanie ;)
Teraz postaram się wszystko nadrobić i pokazać Wam kilka ciekawych, moim zdaniem, projektów.
    Tym razem zaczniemy od zdjęcia. Podobnie było w moim przypadku...najpierw zobaczyłam serwetę a dopiero potem dowiedziałam się co mam zrobić :)


Koleżanka przyniosła rodzinną pamiątkę, lekko naruszoną zębem czasu serwetę, wykonaną filetem. Piękna, delikatna i precyzyjnie wykonana.  Oczy wyszły mi z orbit na jej widok, bo filetu nie lubiłam, nawet nie próbowałam się za niego zabrać. Przy tej serwetce zmieniłam zdanie... Pomyślałam sobie, że odrobienie tego cudka będzie łatwe i przyjemne, więc zgodziłam się w oka mgnieniu. Tym bardziej, że słowa Koleżanki: "Jeśli nie Ty, to kto?...", połechtały moją próżność 😂 Wpadłam jak śliwka w kompot. Jednakowoż nie chodziło jedynie o odrobienie... Przy zachowaniu szerokości, serweta miała być dłuższa o 20 - 30 cm. i koniecznie w tym samym kolorze.
    Znalezienie odpowiedniego kordonka wymagało gimnastyki z mojej strony. Zaczęłam od rodzimych produkcji Ariadny... Muza 10 zdecydowanie zbyt gruba, Muza 20 pod względem grubości nawet by się nadała ale kolor, choć też ecru, zupełnie odmienny. Pozostałe kordonki Ariadny też nie zaoferowały mi TEGO konkretnego koloru. Altin Basak też został skreślony z listy ze względu na brak koloru, podobnie jak wszystkie kordonki czeskiej produkcji (a uwierzcie mi, jest ich całe zatrzęsienie). Kolejno wyeliminowałam Nici Polskie (za brak koloru) , Kordonki Nowosolskie ze względu na skład poliestrowy. Przejrzałam swe zapasy, z nadzieją, że gdzieś w wiekowych kordonkach albo wykopaliskach z second handu znajdę TEN konkretny kolor... NIC! Zero!
No to, o rozpaczy!, zostały kordonki DMC i Madame Tricote... Do próbników, lub szaf ekspozycyjnych DMC nie mam dostępu, bo w okolicy takowych nie ma (szafę DMC można znaleźć w Berlinie, ale jakoś mi tam nie po drodze...) a Babylo, które mam w domu to też nie TEN kolor 😢. Postanowiłam po weekendzie przedstawić Koleżance dwa kolory najbardziej zbliżone do tej upragnionej barwy i ...niech decyduje...  A tymczasem wymknęłam się do Czech bo jedzenie mają tam pyszne, bo weekend, bo planowałam zrobić tam zakupy, nie związane z dzierganiem... no ale kto mi zabroni zajrzeć do pasmanterii... W jednym niepozornym sklepiku niedaleko rynku w Ostrawie znalazłam TEN Maxi Madam Tricote!!! Idealny!!! Tak...ale cieszyć się nie mogłam, bo to był jeden jedyny, na dodatek ze starej partii. Myślałam że się popłaczę, zacznę krzyczeć i histeryzować.., potrzebowałam trzech motków.  Kobiecina, która prowadziła ową pasmanterię, widząc moje rozczarowanie, wystukała coś w telefonie i dostałam listę czterech ostrawskich pasmanterii i prośbę żebym tam zajrzała, bo to takie mało popularne sklepiki i tam mogę znaleźć jeszcze TĘ starą partię. Ruszyłam na poszukiwanie uzbrojona w listę adresów i nawigację... Jak się okazało najlepszy jest "koniec języka za przewodnika", sklepiki znajdowały się w mało uczęszczanych zaułkach, prowadziły je najczęściej Babuleńki, których wiedza na temat tego co sprzedają była tak ogromna, że przez cały czas miałam otwartą z wrażenia buzię i wszystkie informacje chłonęłam jak gąbka. W sumie z tej wycieczki wróciłam z zapasem sześciu motków TEGO koloru, pysznościami do jedzenia i szczęściem, które malowało się na mojej twarzy 😄
   Zabrałam się do szydełkowania, pamiętając, że szerokość powinna pozostać taka sama, a na długości mam dołożyć 20-30 cm, nie tracąc wzoru i nie dodając jedynie filetowej siatki.


    Starałam się dodawać dodatkowe rzędy już podczas robienia, by delikatnie wydłużyć wzór, ale nie zgubić jego zarysów i nie stworzyć z niego maszkarona. Zaznaczałam te "nowe rzędy" kolorową nicią by łatwiej mi było zapanować nad symetrią pracy i dodawaniem rzędów. Na dodawanych rzędach we wzorze zyskałam 20 cm.


    Nie obyło się bez prucia nawet kilkunastu rzędów, ale była to praca na tyle kreatywna, że nie roniłam łez i nie rwałam włosów z głowy. Przyznam się, że technika zyskała w moich oczach i po filet zapewne sięgnę jeszcze nie raz.


   Początkowo postanowiłam wydłużyć tylko sam wzór dodając rzędy w miejscach gdzie takie dodawanie nie psułoby przejrzystości wzoru. Ewentualne wydłużenie o kolejne 10 cm. tylko przy pomocy filetowej siatki, zostawiłam decyzji Koleżanki. W tym przypadku po 5 cm siatki na zewnętrznych końcach bieżnika nie zaburzyłoby wzoru i kompozycji całej serwety.

 
 Udało mi się sprostać temu wyzwaniu! Mój pierwszy filet był równy 😊 Dodając rzędy nie zepsułam wzoru. Szerokość  pozostała bez zmian i zgodnie z marzeniami Właścicielki  urosła o 20 cm, a kolejny wzrost o 10 cm był możliwy i nie zepsułby kompozycji.


   Całość była przyjemna dla oka. Przekonałam się, że "diabeł (filet) wcale nie taki straszny jak go malują (dziergają )".
   Żeby zaś nie zostać gołosłowną w samochwalstwie 😉 poniżej zdjęcia, na których zestawiłam obie serwety.

 
  Nieskromnie przyznam, że jestem zadowolona z efektu jaki udało mi się osiągnąć 😊





   Ocenę pozostawiam Wam, wszystkie komentarze, także te krytyczne, zawsze są miło widziane.